poniedziałek, 15 września 2014

Rozdział 3 ,, Poznaję nieznajomych,,

 Spod łóżka wyciągnęłam reklamówkę. Ostrożnie wypakowałam jej zawartość do torebki. Uwierzcie mi nie chcielibyście nadziać się na jej zawartość.
 Zbiegłam po schodach i przeszył mnie ogromny ból w kolanie. Skutek upadku ze schodów. Podczołgałam się do śnieżnobiałej szafki gdzie były pochowane wszystkie prezenty.
 Wygrzebałam dwa opakowania z moim imieniem. Rozszarpałam pudełko. Skarpetki. Czyli to było w drugim opakowaniu. Podniosłam je i pokuśtykałam na jednej nodze do okna.
 Poprosiłam o pomoc. Chłopak z poprzedniego lecącego pegaza pomógł mi wsiąść na konia Jasona.
 Szarooka dziewczyna z przerażeniem stwierdziła, że krwawię w miejscu gdzie się uderzyłam. Tył głowy miałam cały zakrwawiony. Podciągnęłam nogawkę. Kość wystawała mi z nogi.
 Jason zaproponował, że nastawi mi kość. Ból przeszył całe moje ciało. Jak najszybciej chciałam otworzyć mój prezent.
 Zawartość trochę mnie zdziwiła. Zwykle dostawałam inne rzeczy. Gdy pytałam o ich pochodzenie, każdy się wypierał.
 Kiedy miałam pięć lat dostałam gaz pieprzowy. Działał normalnie. Naciskałam guzik i leciał gaz. Jego zawartość nigdy się nie kończyła.
 Gdy wyginałam guzik ukazywała się włócznia. W wieku siedmiu lat dostałam szczotkę. Czesałam się nią, ale kiedy pociągnęłam za rączkę ukazywał się sztylet.
 Dziesięcioletnia ja dostała opaskę, ale gdy ją celowo potarłam w trzymałam w dłoni miecz.
 To właśnie było pod łóżkiem.Wszystko było złote lub pozłacane.
 Otworzyłam pudełeczko. Były tam miodowe (jak myślałam) pastylki i trzy fiolki z zielonym płynem, oraz złocisty napój.
 Annabeth ( szarooka dziewczyna) wytłumaczyła mi, że pastylki i złocisty płyn to nektar- napój bogów. Dla ludzi śmiertelny. Dla półbogów w małych ilościach leczniczy, w dużych... Lepiej nie mówić. Zielony płyn to grecki ogień. Płonie nawet pod wodą.
 Na tych koniach polecieliśmy do statku Agro II. Czekali tam na nas dwoje chłopców i dziewczyna.
 Jeden z chłopaków był nie wysoki. Miał może z metr siedemdziesiąt. Czarne kręcone włosy były w nieładzie, parę kosmyków opadało mu na czoło. W jego brązowych oczach widać było szaleństwo.
 Drugi był bardzo wysoki. Miał prostokątną twarz co czyniło go podobnego do Frankensteina. Obcięte na rekruta włosy dodawały mu powagi, choć zachowywał się jak dzieciak.
 Dziewczyna była blondynką. Na swój sposób była śliczna. Końcówki włosów pofarbowane były na czarno. Jak tłumaczyła maluje końcówki na kolor przypominający jej nastrój.
 Wytłumaczyła, że przez ostatni rok kolor schodzi coraz ciemniej. Czułam, że jej błękitne oczy przewiercają moją duszę.
-To jak się nazywasz?-Spytałam
-Nic nie powiem dopóki nie dowiem się gdzie mój brat i Walt
-Mówię ci, że nie znamy żadnego Cartera ani Walta Krzyczała Annabeth
 Zerknęłam na Percy'ego  (chłopaka, który jechał na czarnym koniu) zaciskał usta jakby bał się, że coś wygada.
-Percy coś wie-Palnęłam. Czasami jestem na prawdę tempa. Skoro o tym nie mówił nie chciał tego powiedzieć-Chyba.
 Oczy wszystkich zostały skierowane na niego.
-Wiesz coś to mów!-warknęła głośno blondyna- Albo zrobię z ciebie miazgę.
-Ty ze mnie- Zaśmiał się szorstko i niepewnie- Co ty mi możesz zrobić?
 Dziewczyna wyciągnęła rękę do przodu i krzyknęła:
-Hekat

sobota, 13 września 2014

Rozdział 2 ,,I wszystko zaczyna tracić sens,,

 Miałam wielką ochotę za nimi krzyknąć, ale wydostałam z siebie tylko odgłos przypominający mruczenie kota.
 Pewności nabrałam dopiero, gdy ujrzałam kolejnego konia. Tym razem był kolorowy, lecz nie miał skrzydeł.
 Kojarzycie może kolor błyskawic? Taki delikatny niebieski. Takiego umaszczenia właśnie był ten rumak. Grzywa i ogon były nastroszone jakby kopną go prąd.
 Na grzbiecie siedział przystojny blondyn trzymający go za złocistą grzywę. Zapewne mnie nie zauważył, lecz ja natarczywie się w niego wpatrywałam, powtarzając sobie w myślach, aby na mnie spojrzał.
 Obejrzała się tylko dziewczyna. Miała łagodny wyraz twarzy. Poliki miała zadrapane. Zerknęła na mnie ze współczuciem. Nienawidzę takiego wzroku.
 Napełniona gniewem podniosła się ze schodów i na drżących nogach ruszyłam w stronę okna. Gestem ręki kazałam jej się zatrzymać.
 Ku memu zdziwieniu usłuchała, skinęła do chłopaka, a ten pociągnął konia za grzywę. Rumak zarżał wściekle i przystanął.
 Pokuśtykałam do dziewczyny i dopiero wtedy chłopak mnie zobaczył. Zmarszczył nos. O NIE. Zdałam sobie sprawę, że mam nie uczesane włosy i ubrana jestem w piżamę w myszki miki.
 Na twarzy dziewczyny pojawił się triumfalny uśmiech. No tak. Pewnie to jej chłopak, a ja się na niego gapiłam. Zatrzymała się tylko po to żeby się ze mnie ponabijać.
 W tej właśnie chwili przed oczyma przebiegła mi szybka jakaś plamka. Nie mogłam rozpoznać kształtu. Wydawało się jakby biegło po chmurach.
 Otworzyłam okno. Zimny podmuch owiał moją twarz. Poczułam niebezpieczeństwo.
-Kim jesteście- Zapytałam.
-Często zatrzymujesz ludzi latających obok twojego okna?- Spytała dziewczyna
-Nie chyba, że latają na koniach- Odparłam, a uśmiech z jej twarzy spełzł jak dżdżownica.
-Ona widzi przez mgłę- Mruknęła do chłopaka- Ma dobry wzrok, albo jest półbogiem.
-Półbogiem? W połowie bogiem? Co? Jak?
-Piper, nie mów- Warknął chłopak- Musimy lecieć.
 Zanim się zorientowałam obok mnie stała  Milka.
-Saly, po pierwsze nie otwieraj okna bez pozwolenia opiekunek, a po drugie nie zatrzymuj helikopterów.
-Helikopter!?- Spojrzałam na nią niewyrozumiałym wzrokiem.
 No tak. Oczywiście. To tak jak z tym cyklopem. Kiedy miałam cztery latka widziałam mężczyznę  z jednym okiem. Pokazywałam go innym, ale każdy widział go jako normalnego człowieka.
-Przepraszam już zamykam.
 Poczekałam, aż pójdzie po czym zwróciłam się do pary.
-Znacie moich rodziców. Półbóg to heros. Heros to pół człowiek, pół bóg. Dziecko boga. Znacie jednego z moich rodziców. Proszę zabierzcie mnie z stąd. Wytłumaczcie mi kim jestem.
-Piper posuń  się, weźmiemy ją na groma.
-Ale Jason...-Spojrzała na niego i zrozumiał a, że tego sporu nie wygra. Posunęła się.- Wsiadaj.
-Poczekacie chwilę?- Nie czekałam na odpowiedź i pobiegłam na górę.
 Chwyciłam moją torebkę. Spakowałam tam dwie bluzki (z długim i krótkim rękawem) Długie spodnie i kurtkę.
  Do kieszeni wsypałam oszczędności ze skarbonki, równo trzysta złotych. Złapałam szczotkę i wybiegłam. Ale po chwili się cofnęłam i wyciągnęłam spod łóżka...

piątek, 12 września 2014

1 Rozdział ,,Zapoznanie z bohaterką,,

 Dzisiejszego dnia obudziłam się w niezbyt przyjemny sposób. Wyobraźcie sobie, że twardo śpicie i nagle wybudza was płacz jakiegoś bachora.
 Wiele z was wie jak to jest? Jeśli myślicie to się mylicie. Czy rodzeństwo was nie budzi? Tyle tylko, że to nie moje rodzeństwo.
 Wasze wspaniałe życie polega na tym, że nawet jeśli się obudzicie to nie musicie wstawać bo rodzice uspokoją młodszą siostrę lub brata.
 Ja mieszkam w domu dziecka i nie mam tu rodziców. Wszystkie złe rzeczy, które słyszeliście na temat sierocińca to kłamstwa. Prawda jest jeszcze gorsza.
 Co tu dużo mówić? Normalny dzień wygląda tak : dyrektorka siedzi w swoim wypasionym gabinecie pijąc kawkę i nic ją nie interesuje, opiekunki mają wszystko w głębokim poważaniu, zwalają całą robotę na mnie i wychodzą z tekstem byle do wypłaty. Czemu na mnie? Dlaczego nie na starszych? Ja mam tylko dwanaście lat!
 Jedna z pracownic, Linda, jest przynajmniej na tyle miła, że budzi mnie rano i daje listę rzeczy do zrobienia (choć ponoć przegrała zakład).
 Dzisiaj przyniosła mi najbardziej rozbrykanego bachora. Oczywiście miałam go uspokoić, bo ,,Jeszcze obudzi innych i będziemy miały cały sierociniec na głowie. Ops. Poprawka, ty będziesz miała,,.
 Wtedy zdałam sobie sprawę, że dziś jest gwiazdka. W moim domu (mieszkam ty odkąd skończyłam dwa latka)nie ma zbyt fajnych prezentów, lecz zawsze w te święto dzieje sie coś dziwnego.
 Zdając sobie sprawę, że muszę pomóc zapakować prezenty uspokoiłam dzieciaka i zbiegłam po schodach.
 Mila, (dziewczyna z wolontariatu) jedyna  miła osoba w moim towarzystwie, gotowała coś w garnku, a u jej stóp siedziała garstka opiekunek klnąca pod nosem i pakująca prezenty.
 Zapatrzyłam się na opakowanie schowane w kącie. To musi być to! Jak już mówiłam mamy małe fundusze i schody są tak jakby ... Zbyt strome.
 Wszystko zawirował mi przed oczami i upadłam. Sturlałam się po schodach, uderzyłam  w blat kuchenny, walnęłam nogą ( między kostką, a kolanem) o poręcz i zakończyłam wszystko pięknym upadkiem na kolana.
 To tylko małe zadrapanie. Czułam to, nie musiałam sprawdzać. Ze strony pracownic usłyszałam pomrukiwania, coś w stylu:
-Ja tego szyć nie będę -Zorientowałam się, że moja nogawka od spodni jest podarta.
-Ja nowych ciuchów kupować nie będę-Zero zainteresowania czy, aby nic mi się nie stało.
-Kotku trzeba bardziej uważać. Wszystko w porządku?- Spytała Mila
-Tak, tylko trochę szczypie mnie głowa, a kolana i stopy już zupełnie nie czuję.
-Zaraz to obejrzę, tylko ugotuje zupę. Podwiń nogawkę.
 Wysunęłam rękę aby wykonać polecenie.
-Nie na ziemi. Saly usiać na krzesło.
 Próbowałam wstać.Na nic. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Wszystko znowu zawirowało. Pozostałam w miejscu. Nie czułam bólu. Zamknęłam oczy, aby pozbyć się czarnych plamek z przed oczu.
 Jeszcze dokładnie nie widziałam i pośród zamglonego krajobrazu ujrzałam... Wiem, że to może wydać się dziwne. Widziałam pegaza. Byłam pewna że mi się nie przewidziało.
 Na początku czułam delikatną niepewność. Skrzydlaty koń była czarny jak plamki sprzed moich oczu. Na rumaku siedzieli chłopak i dziewczyna.
 Chłopak miał czarne włosy. Ubrany był w pomiętą i podartą pomarańczową koszulkę. Przez ułamek sekundy utkwił we mnie wzrok i powiedział coś do dziewczyny.
 Była blondynką. Uczesana była w kucyka. Złapała chłopaka za ramię i zobaczyłam jej szara jak burzowe chmury oczy. Odpowiedziała coś chłopakowi i odlecieli.





I jak podoba się?  Mam nadzieję, że tak. Piszcie w komentarzach.

Cześć :P

Cześć jestem JaPa (moje przezwisko). Na moim blogu pisać będę dalsze losy Olimpijskich Herosów. Główną bohaterkom będzie Saly. Mam nadzieję że się spodoba.

PS Ależ się rozpisałam ;P