Olimpijscy Herosi dalsza część
piątek, 13 lutego 2015
Kończe z tym
Twierdze, że mój blog jest bezsensowny, ale oczywiście nie przestanę pisać, bo .... Bo... Bo po prostu nie.Pisanie o jednej osobie jest trudne i myślę, że będę pisała z kilku perspektyw. Tu macie linka do mojego innego bloga http://olimpijscherosi.blogspot.com/.
wtorek, 9 grudnia 2014
Rozdział 11 Wredna kłamczucha i mąż przebrany za żonę?
Miała rację. Obudziłam się na jakiejś wyspie. W powietrzu grzmocił jej głos.
-Ty ich znasz, oni ciebie nie... Tylko do momentu, gdy zobaczyłaś kość wystającą z twojej nogi. Później spadłaś, bo zemdlałaś. Twoja matka stworzyła tę halucynację, żebyś wiedziała jak ci herosi musieli żyć i przygotowała się na najgorsze. Nigdy ich na prawdę nie poznałaś. Gaja śpi jak już mówiłam. Leon Valdez jest na tej wyspie, a nie na statku. Oni myślą że on nie żyje.Leon poleciał na swym smoku ze swoją ukochaną nimfą, ale Kalipso zapomniała swojego ulubionego kwiatka- księżyczkę.
Nic nie rozumiecie? Spoko ja też. Podniosłam się. Rzeczywiście zobaczyłam smoka, jakąś dziewczynę i syna Hefajstosa. Nic nie rozumiałam, chciałam się stąd wydostać. Podbiegłam na okaleczonej nodze. Właśnie. Okaleczona noga. Kiedy sobie o tym przypomniałam upadłam z bólu. Jeśli była to halucynacja Jason nie nastawił mi kości. Jaka ja jestem głupia... Nastawić wystającą kość(to wszystkim przeszkadzało, prawda? Więc proszę naprawiam swój błąd. Wystającej kości nie da się nastawić). Zaciemniło mi się przed ozami. Co jeśli zostanę kaleką. Tu nie ma szpitala. Nikt tego nie zoperuje.
-Przepraszam! Nie chcę przeszkadzać, ale ja tu umieram!- dobra może trochę przesadziłam.
-Co to?- spytała dziewczyna, zapewne Kalipso. Dzięki Kalipso.
-Ech, chyba kto- powiedział Leo
-Kto? To... Och jetem głupia. Nie widziałam takich jak ty od trzech tysięcy lat.
Trzech tysięcy lat? No, wydaję mi się, że ma 15. Przy najmniej na tyle wygląda. Podała mi rękę, czy ona nie widzi tej kości wystającej z mojej nogi?
-Kobieto ja umieram! Zostanę kaleką! Zabieraj tę łapę!
Możecie mówić, że zareagowałam za ostro, ale na Zeusa (zaczynam mówić jak Grek) mogę zostać kaleką, a nawet się wykrwawić, ale nie! Ona z tym swoim głupkowatym uśmieszkiem na twarzy podaje mi dłoń.
-Kalipso, myślę, że mogłabyś jej pomóc.
-Leo, ty nic nie rozumiesz! Zeus się zlitował nade mną! On ją tu zesłał, bo ktoś musi tutaj zostać!
-Czyli ona ma zostać na Ogygi?
-Nie, nie, nie, nie, nie ja tutaj nie zostanę!
Mrugnęłam, mocno zacisnęłam powieki, chcieli, żebym została na jakiejś wyspie, gdy otworzyłam oczy ani dziewczyny, ani wyspy, ani Leona nie było, był tylko lodowy pałac, a na środku komnaty stała lodowato uśmiechająca się Chione.
-Co się stało?
-Moja droga, żadnego boga ani bogini nie interesuje czy przeżyjesz. Uwierzyłaś, że któryś z bogów mógłby chcieć uratować ci życie? Lubię bawić się dziecieńcymi umysłami. Żartowałam! A teraz wstawaj! Idziemy do naszego pana.
-Gaji?!
-Ech, nie. Do Uranosa.
-Wcześniej mówiłaś, że do Gaji.
-Tak, ale Uranos przybrał formę Gaji! Jej wszyscy ufali i myślał, że jeśli tak postąpi to będą myśleli, że służą Gaji, będą służyli mu!
Spojrzałam na nią krzywo. Czy ona sądzi, że ja jestem głupia. Miałam na historii mitologię grecką. Uranos został pocięty na kawałki i wrzucony do Tartaru. Kronos, aby się odrodzić potrzebował paru lat. Gaj krwi herosów, a on tak po prostu. BUM! ,,Cześć wszystkim odrodziłem się i będę niszczył świat,,. To dziwne.
Poczułam, że od moich myśli włamuje się dziwna siła. Nagle zechciałam wejść na Olimp, znaleźć matkę i trzasnąć jej z liścia za zabicie mojego ojca.Miałam ochotę wstąpić do samego Zeusa i nawywrzeszczeć (jest takie słowo?) mu jaki jest okropny, że nie upilnował Demeter.
Ta siła tak mnie wypełniała, że miałam odwagę zejść do samego podziemia. Nakrzyczeć na Charona, że przewiózł mojego tatę na drugi brzeg . Odwiedzić Tanatosa i wyrzucić z siebie, że to jego wina! Zejść w dół i odwiedzić Hadesa, który mógł temu zapobiec. Zeszłabym na samo dno Tartaru, jeśli bym musiała, i znalazła ojca, aby powiedzieć, że jestem na niego wściekła.
Tym uczuciem była zemsta.
-Ty ich znasz, oni ciebie nie... Tylko do momentu, gdy zobaczyłaś kość wystającą z twojej nogi. Później spadłaś, bo zemdlałaś. Twoja matka stworzyła tę halucynację, żebyś wiedziała jak ci herosi musieli żyć i przygotowała się na najgorsze. Nigdy ich na prawdę nie poznałaś. Gaja śpi jak już mówiłam. Leon Valdez jest na tej wyspie, a nie na statku. Oni myślą że on nie żyje.Leon poleciał na swym smoku ze swoją ukochaną nimfą, ale Kalipso zapomniała swojego ulubionego kwiatka- księżyczkę.
Nic nie rozumiecie? Spoko ja też. Podniosłam się. Rzeczywiście zobaczyłam smoka, jakąś dziewczynę i syna Hefajstosa. Nic nie rozumiałam, chciałam się stąd wydostać. Podbiegłam na okaleczonej nodze. Właśnie. Okaleczona noga. Kiedy sobie o tym przypomniałam upadłam z bólu. Jeśli była to halucynacja Jason nie nastawił mi kości. Jaka ja jestem głupia... Nastawić wystającą kość(to wszystkim przeszkadzało, prawda? Więc proszę naprawiam swój błąd. Wystającej kości nie da się nastawić). Zaciemniło mi się przed ozami. Co jeśli zostanę kaleką. Tu nie ma szpitala. Nikt tego nie zoperuje.
-Przepraszam! Nie chcę przeszkadzać, ale ja tu umieram!- dobra może trochę przesadziłam.
-Co to?- spytała dziewczyna, zapewne Kalipso. Dzięki Kalipso.
-Ech, chyba kto- powiedział Leo
-Kto? To... Och jetem głupia. Nie widziałam takich jak ty od trzech tysięcy lat.
Trzech tysięcy lat? No, wydaję mi się, że ma 15. Przy najmniej na tyle wygląda. Podała mi rękę, czy ona nie widzi tej kości wystającej z mojej nogi?
-Kobieto ja umieram! Zostanę kaleką! Zabieraj tę łapę!
Możecie mówić, że zareagowałam za ostro, ale na Zeusa (zaczynam mówić jak Grek) mogę zostać kaleką, a nawet się wykrwawić, ale nie! Ona z tym swoim głupkowatym uśmieszkiem na twarzy podaje mi dłoń.
-Kalipso, myślę, że mogłabyś jej pomóc.
-Leo, ty nic nie rozumiesz! Zeus się zlitował nade mną! On ją tu zesłał, bo ktoś musi tutaj zostać!
-Czyli ona ma zostać na Ogygi?
-Nie, nie, nie, nie, nie ja tutaj nie zostanę!
Mrugnęłam, mocno zacisnęłam powieki, chcieli, żebym została na jakiejś wyspie, gdy otworzyłam oczy ani dziewczyny, ani wyspy, ani Leona nie było, był tylko lodowy pałac, a na środku komnaty stała lodowato uśmiechająca się Chione.
-Co się stało?
-Moja droga, żadnego boga ani bogini nie interesuje czy przeżyjesz. Uwierzyłaś, że któryś z bogów mógłby chcieć uratować ci życie? Lubię bawić się dziecieńcymi umysłami. Żartowałam! A teraz wstawaj! Idziemy do naszego pana.
-Gaji?!
-Ech, nie. Do Uranosa.
-Wcześniej mówiłaś, że do Gaji.
-Tak, ale Uranos przybrał formę Gaji! Jej wszyscy ufali i myślał, że jeśli tak postąpi to będą myśleli, że służą Gaji, będą służyli mu!
Spojrzałam na nią krzywo. Czy ona sądzi, że ja jestem głupia. Miałam na historii mitologię grecką. Uranos został pocięty na kawałki i wrzucony do Tartaru. Kronos, aby się odrodzić potrzebował paru lat. Gaj krwi herosów, a on tak po prostu. BUM! ,,Cześć wszystkim odrodziłem się i będę niszczył świat,,. To dziwne.
Poczułam, że od moich myśli włamuje się dziwna siła. Nagle zechciałam wejść na Olimp, znaleźć matkę i trzasnąć jej z liścia za zabicie mojego ojca.Miałam ochotę wstąpić do samego Zeusa i nawywrzeszczeć (jest takie słowo?) mu jaki jest okropny, że nie upilnował Demeter.
Ta siła tak mnie wypełniała, że miałam odwagę zejść do samego podziemia. Nakrzyczeć na Charona, że przewiózł mojego tatę na drugi brzeg . Odwiedzić Tanatosa i wyrzucić z siebie, że to jego wina! Zejść w dół i odwiedzić Hadesa, który mógł temu zapobiec. Zeszłabym na samo dno Tartaru, jeśli bym musiała, i znalazła ojca, aby powiedzieć, że jestem na niego wściekła.
Tym uczuciem była zemsta.
Rozdział 10 Poznaję dziewczynę chłodną jak lód- dosłownie
-Proszę Annabeth. Opamiętaj się- błagałam.
-Ha, ha, ha, ha. Twoją jedyną szansą jest prośba o pomoc Gaji, ale obydwie wiemy, że tego nie zrobisz.
To była moja jedyna nadzieja. Bo co? Posejdona g*wno (sorry) obchodzę, a m
Coś było nie tak. Myślałam, że pochłonie mnie ziemia czy coś taoja [może] matka nie może wejść na jego terytorium.
-Gaja, proszę pomóż mi!kiego. Podczołgałam się do ściany. Nogą otworzyłam drzwi i uciekłam. Kiedy byłam już na ostatnim schodku Ann pociągnęła
Coś było nie tak. Myślałam, że pochłonie mnie ziemia czy coś takiego. Podczołgałam się do ściany. Nogą otworzyłam drzwi i uciekłam. Kiedy byłam już na ostatnim schodku Ann pociągnęła mnie za nogę. Upadłam, znowu choć tym razem nie z mojej winy. Usłyszałam głos Leo, a gdy otworzyłam oczy zobaczyłam go.
-Co się dzieje?- spytał Hazel
-Nic takiego Leoś- odpowiedziała mu Piper
-Coś się musiało stać, słyszałaś ten głośny trzask? Jakby, ktoś spadł ze schodów...Zaraz...Leoś?
-Tak Leoś- uśmiechnęła się sztucznie- Nic się nie stało.
-Racja pewnie nic...Piper!. Dlaczego używasz czaromowy?! Już od dawna... Od bijatyki z Annabeth dziwnie się zachowujesz, zabraniasz chodzenia do sali szpitalnej, a nawet pod pokład, wszystkim się przymilasz i nie chcesz, aby Percy rozmawiał z naszą mądralą w dodatku używasz czaromowy! Idę sprawdzić co się stało.
-Przecierz mówię, że nic- nad córką Afrodyty wciąż panował eladojon. Ten stwór musiał odciągnąć jego uwagę na tyle czasu ile trzeba dziecku Ateny na zaciągnięcie mnie pod pokład.Wybrał najprostszy wariant , bo skoro czaromowa nie działa... Krótko wam powiem : pocałowała.
Leo odepchnął ją. Krzyknął ,, Co się z tobą dzieje,, i pobiegł w moją stronę. Kiedy zobaczył Annabeth ze sztyletem, pobiegł po Percy'ego. Geniusz. Ona chce mnie zabić, a on leci po jej chłopaka. Całe szczęście szybko przyszli. Na tyle szybko, by blond-włosa zdąrzyła mi opowiedzieć jak to bardzo mnie oszpeci.
-Kiedy już odetnę ci uszy, oskubię nos ze skóry i wydłubię oczy- fuj.
Wspominałam, że szybko przyszli? Tak tylko, że Gaja była szybsza i mnie uratowała. Miałam absolutną rację, pochłonęła mnie ziemia. Potok brązowego piachu skrywał w sobie stado kamieni, które raz po raz uderzały mnie w różne części ciała. To w głowę, to w rękę lub nogę.
Przez moment nie mogłam oddychać, ale po chwili płuca pochłonęły tlen. Upadłam na twardą posadzkę. Nademną pochyliłam się kobieta z białą cerą i czarnymi prostymi włosami związanymi w luźną kitę. Suknię miała z lodu, czuć było od niej zimno.
-Kim jesteś?- spytałam
-Jestem Chione, bogini lodu- uśmiechnęła się z przymusu- to jest mój pałac. Ty pewnie jesteś Nina, córka Demeter.
-Ja sama nie wiem kim jestem, jeszcze wczoraj byłam Saly, córką sierocińca.
-Od dzisiaj byłaś Niną, córką Demeter, ale od momentu, gdy poprosiłaś Gaję o pomoc jesteś Nina, wybranka Gaji. Zaprowadzę cię do mojej pani. Bądź miła, od teraz twój los zależy od niej.
Poszłam za nią. Komnaty były z lodu, a podłoga pokryta śniegiem niczym dywan. Nie raz się potknęłam, ale Chione mnie przytrzymywała. Szłyśmy w milczeniu, ale jedno pytanie nie dawało mi spokoju:
-Będę mogła wrócić do przyjaciół?
-Przyjaciół? Masz przyjaciół? Jakich?
-Nie do końca. Raczej kumpli. Znajomych...
-Jakich?
-To znaczy ja ich nie znam, ale wzięli mnie na swój statek.
-Ja ci nic nie mogę obiecać. Należysz do Gaji. Myślę, że tak, ale to nie odemnie zależy. Och, no wiesz... Ja jestem tylko służącą.
-Jest tu ktoś jeszcze?
-Tak, Jessica. Córka Gaji. To znaczy już jej nie ma hi, hi, hi.
-A z tego co wiem to herosi pokonali Gaję, a statek Agro II został rozwalony.
-Oczywiście. Mój odwieczny wróg ją pokonał. Mówiłam, że jest niebezpieczny, ale Gaja tylko się śmiała. Powiedziała, że powinnam się bać tego całego Percy'ego, a statek? Statek nie istnieje.
-Jak to? Przecierz na nim byłam!
-Stałaś na nim. A Leon Valdez umarł! Ja zostałam służoncą bogów olimpijskich. Gaja jest zmęczona i śpiąca. Śpiąca, przez tę córeczkę Afrodyty. Teraz jej matka co rok używać będzie czaromowy, aby Gaja się nie przebudziła. To tylko w razie gdyby...Bogowie nigdy nie gdybali!
-O czym ty do mnie mówisz?
-O tym, że ciebie tu nie ma. Teraz spadasz z konia. Wtedy kiedy zabrali cię z sierocińca, nadal się to dzieje. Cała reszta to halucynacje.
-Ha, ha, ha, ha. Twoją jedyną szansą jest prośba o pomoc Gaji, ale obydwie wiemy, że tego nie zrobisz.
To była moja jedyna nadzieja. Bo co? Posejdona g*wno (sorry) obchodzę, a m
Coś było nie tak. Myślałam, że pochłonie mnie ziemia czy coś taoja [może] matka nie może wejść na jego terytorium.
-Gaja, proszę pomóż mi!kiego. Podczołgałam się do ściany. Nogą otworzyłam drzwi i uciekłam. Kiedy byłam już na ostatnim schodku Ann pociągnęła
Coś było nie tak. Myślałam, że pochłonie mnie ziemia czy coś takiego. Podczołgałam się do ściany. Nogą otworzyłam drzwi i uciekłam. Kiedy byłam już na ostatnim schodku Ann pociągnęła mnie za nogę. Upadłam, znowu choć tym razem nie z mojej winy. Usłyszałam głos Leo, a gdy otworzyłam oczy zobaczyłam go.
-Co się dzieje?- spytał Hazel
-Nic takiego Leoś- odpowiedziała mu Piper
-Coś się musiało stać, słyszałaś ten głośny trzask? Jakby, ktoś spadł ze schodów...Zaraz...Leoś?
-Tak Leoś- uśmiechnęła się sztucznie- Nic się nie stało.
-Racja pewnie nic...Piper!. Dlaczego używasz czaromowy?! Już od dawna... Od bijatyki z Annabeth dziwnie się zachowujesz, zabraniasz chodzenia do sali szpitalnej, a nawet pod pokład, wszystkim się przymilasz i nie chcesz, aby Percy rozmawiał z naszą mądralą w dodatku używasz czaromowy! Idę sprawdzić co się stało.
-Przecierz mówię, że nic- nad córką Afrodyty wciąż panował eladojon. Ten stwór musiał odciągnąć jego uwagę na tyle czasu ile trzeba dziecku Ateny na zaciągnięcie mnie pod pokład.Wybrał najprostszy wariant , bo skoro czaromowa nie działa... Krótko wam powiem : pocałowała.
Leo odepchnął ją. Krzyknął ,, Co się z tobą dzieje,, i pobiegł w moją stronę. Kiedy zobaczył Annabeth ze sztyletem, pobiegł po Percy'ego. Geniusz. Ona chce mnie zabić, a on leci po jej chłopaka. Całe szczęście szybko przyszli. Na tyle szybko, by blond-włosa zdąrzyła mi opowiedzieć jak to bardzo mnie oszpeci.
-Kiedy już odetnę ci uszy, oskubię nos ze skóry i wydłubię oczy- fuj.
Wspominałam, że szybko przyszli? Tak tylko, że Gaja była szybsza i mnie uratowała. Miałam absolutną rację, pochłonęła mnie ziemia. Potok brązowego piachu skrywał w sobie stado kamieni, które raz po raz uderzały mnie w różne części ciała. To w głowę, to w rękę lub nogę.
Przez moment nie mogłam oddychać, ale po chwili płuca pochłonęły tlen. Upadłam na twardą posadzkę. Nademną pochyliłam się kobieta z białą cerą i czarnymi prostymi włosami związanymi w luźną kitę. Suknię miała z lodu, czuć było od niej zimno.
-Kim jesteś?- spytałam
-Jestem Chione, bogini lodu- uśmiechnęła się z przymusu- to jest mój pałac. Ty pewnie jesteś Nina, córka Demeter.
-Ja sama nie wiem kim jestem, jeszcze wczoraj byłam Saly, córką sierocińca.
-Od dzisiaj byłaś Niną, córką Demeter, ale od momentu, gdy poprosiłaś Gaję o pomoc jesteś Nina, wybranka Gaji. Zaprowadzę cię do mojej pani. Bądź miła, od teraz twój los zależy od niej.
Poszłam za nią. Komnaty były z lodu, a podłoga pokryta śniegiem niczym dywan. Nie raz się potknęłam, ale Chione mnie przytrzymywała. Szłyśmy w milczeniu, ale jedno pytanie nie dawało mi spokoju:
-Będę mogła wrócić do przyjaciół?
-Przyjaciół? Masz przyjaciół? Jakich?
-Nie do końca. Raczej kumpli. Znajomych...
-Jakich?
-To znaczy ja ich nie znam, ale wzięli mnie na swój statek.
-Ja ci nic nie mogę obiecać. Należysz do Gaji. Myślę, że tak, ale to nie odemnie zależy. Och, no wiesz... Ja jestem tylko służącą.
-Jest tu ktoś jeszcze?
-Tak, Jessica. Córka Gaji. To znaczy już jej nie ma hi, hi, hi.
-A z tego co wiem to herosi pokonali Gaję, a statek Agro II został rozwalony.
-Oczywiście. Mój odwieczny wróg ją pokonał. Mówiłam, że jest niebezpieczny, ale Gaja tylko się śmiała. Powiedziała, że powinnam się bać tego całego Percy'ego, a statek? Statek nie istnieje.
-Jak to? Przecierz na nim byłam!
-Stałaś na nim. A Leon Valdez umarł! Ja zostałam służoncą bogów olimpijskich. Gaja jest zmęczona i śpiąca. Śpiąca, przez tę córeczkę Afrodyty. Teraz jej matka co rok używać będzie czaromowy, aby Gaja się nie przebudziła. To tylko w razie gdyby...Bogowie nigdy nie gdybali!
-O czym ty do mnie mówisz?
-O tym, że ciebie tu nie ma. Teraz spadasz z konia. Wtedy kiedy zabrali cię z sierocińca, nadal się to dzieje. Cała reszta to halucynacje.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Rozdział 9 Ann się mści
Pani w zielonej szacie szła po komnacie niezadowolona.
-W jaki sposób mogliście dać się pokonać! Nawet wielki Perseusz Jackson nie dał rady was powstrzymać!
-Wybacz pani, ale zaskoczyła nas.
-Tak, tak- potakiwały delfiny
-Was, was wszystkich! Jedna córeczka bogini! Już większe zagrożenie stanowi ten cały syn Marsa.
-Ale pani, ona jest potężna.
Gaja sapnęła głośno i zagryzła wargę.
-Pewnie, że jest potężna. To córa tej, która stworzyła pory roku, mojej ulubionej wnuczki. Nie sądzisz jednak, że syn Jupitera, Hadesa czy Posejdona są potężniejsi
Wszyscy milczeli. Owszem wszyscy, prócz wysokiej pięknej kobiety w ubogiej białej sukni. Patrzyła na podłogę i nieśmiało spytała.
-Matko, czy eldojony wykonują swą pracę?
-Oczywiście- odparła poddenerwowana- ale dlaczego zwracasz się do mnie matko?
-Gdyż nią jesteś.
-Zapomniałaś, że jesteś wydziedziczona?
-Gniewasz się na mnie już czwarte tysiąclecie!
-Nie podnoś głosu!
-Odwal się!- odwróciła się, aby wyjść, ale matka ziemia złapała ją za rękę i wygięła do tyłu. Z gardła młodej kobiety wydarł się krzyk.
-Szacunek, szacunek, jest ważny. Przeproś. Padnij na kolana.
-Chyba robisz sobie jaja!- i rozpłynęła się w mgłę.
Gaja uśmiechnęła się szyderczo. Machnęła dłonią i mglista dziewczyna znowu się pojawiła.
-Wiesz jak Zeus ukarał Prometeusza. Przykuł go do skały, to było najgorsze w jego każe. Nie ten ból, który sprawiał orzeł wyrywający wątrobę tylko upokorzenie. Mogłabym cię zabić mimo, że jesteś nieśmiertelna. Skazać na wieczne potępienie w Tartarze. Byłoby to śmierć bezbolesna, a ona ma boleć. Gdyby to miało boleć trwałoby wiecznie, ale gdzie upokorzenie? Mam potężną moc, potężniejszą od bogów i mogę wymyślić coś oryginalnego, ale nie chcę. Masz w sobie moją krew, mój ichor. Na Początek mnie przeprosisz i wypełnisz polecenie.
-Choćbym miała trafić do Tartaru, nigdy tego nie zrobię.
-Wedle życzenia moja droga, wedle życzenia.- dziewczyna znikła
-Pani czy elodony nie przysięgały córce Afrodyty, że nigdy więcej nie opanują ciała nikogo z załogi?
-Owszem, na Styks.
-Czy więc mogą tak...
-Mogą, mogą... Styks jest żyłą tego głupca Tartara. On ustala zasady.
-Głupca?
-Oczywiście, że głupca. Sądzi, że ja Gaja mająca możliwości wszelakie mogłabym zakochać się w kimś takim. Więc jak się spisują elodony?
-Tak jak trzeba!- zatarł chytrze ręce
-Doskonale, teraz niech przez przypadek poddadzą jej pomysł. Będę mieć nową jolalną córkę.
-W jaki sposób mogliście dać się pokonać! Nawet wielki Perseusz Jackson nie dał rady was powstrzymać!
-Wybacz pani, ale zaskoczyła nas.
-Tak, tak- potakiwały delfiny
-Was, was wszystkich! Jedna córeczka bogini! Już większe zagrożenie stanowi ten cały syn Marsa.
-Ale pani, ona jest potężna.
Gaja sapnęła głośno i zagryzła wargę.
-Pewnie, że jest potężna. To córa tej, która stworzyła pory roku, mojej ulubionej wnuczki. Nie sądzisz jednak, że syn Jupitera, Hadesa czy Posejdona są potężniejsi
Wszyscy milczeli. Owszem wszyscy, prócz wysokiej pięknej kobiety w ubogiej białej sukni. Patrzyła na podłogę i nieśmiało spytała.
-Matko, czy eldojony wykonują swą pracę?
-Oczywiście- odparła poddenerwowana- ale dlaczego zwracasz się do mnie matko?
-Gdyż nią jesteś.
-Zapomniałaś, że jesteś wydziedziczona?
-Gniewasz się na mnie już czwarte tysiąclecie!
-Nie podnoś głosu!
-Odwal się!- odwróciła się, aby wyjść, ale matka ziemia złapała ją za rękę i wygięła do tyłu. Z gardła młodej kobiety wydarł się krzyk.
-Szacunek, szacunek, jest ważny. Przeproś. Padnij na kolana.
-Chyba robisz sobie jaja!- i rozpłynęła się w mgłę.
Gaja uśmiechnęła się szyderczo. Machnęła dłonią i mglista dziewczyna znowu się pojawiła.
-Wiesz jak Zeus ukarał Prometeusza. Przykuł go do skały, to było najgorsze w jego każe. Nie ten ból, który sprawiał orzeł wyrywający wątrobę tylko upokorzenie. Mogłabym cię zabić mimo, że jesteś nieśmiertelna. Skazać na wieczne potępienie w Tartarze. Byłoby to śmierć bezbolesna, a ona ma boleć. Gdyby to miało boleć trwałoby wiecznie, ale gdzie upokorzenie? Mam potężną moc, potężniejszą od bogów i mogę wymyślić coś oryginalnego, ale nie chcę. Masz w sobie moją krew, mój ichor. Na Początek mnie przeprosisz i wypełnisz polecenie.
-Choćbym miała trafić do Tartaru, nigdy tego nie zrobię.
-Wedle życzenia moja droga, wedle życzenia.- dziewczyna znikła
-Pani czy elodony nie przysięgały córce Afrodyty, że nigdy więcej nie opanują ciała nikogo z załogi?
-Owszem, na Styks.
-Czy więc mogą tak...
-Mogą, mogą... Styks jest żyłą tego głupca Tartara. On ustala zasady.
-Głupca?
-Oczywiście, że głupca. Sądzi, że ja Gaja mająca możliwości wszelakie mogłabym zakochać się w kimś takim. Więc jak się spisują elodony?
-Tak jak trzeba!- zatarł chytrze ręce
-Doskonale, teraz niech przez przypadek poddadzą jej pomysł. Będę mieć nową jolalną córkę.
***
Obudziłam się w sali szpitalnej. Znowu. Rozejrzałam się do okoła, ale łzy w oczach nie pozwalały mi cokolwiek zobaczyć. Ktoś mocno złapał mnie za ramię. Spróbowałam się wyrwać, ale uścisk był mocny.
-Wygrywałam!-syknęła-a ty mi przeszkodziłaś. Pokazałabym tej laleczce Barbie kto tu rządzi!
-Wygrywałam!-syknęła-a ty mi przeszkodziłaś. Pokazałabym tej laleczce Barbie kto tu rządzi!
-Annabeth, co się z tobą dzieje? Krótko cię znam, ale myślałam, że jesteś rozsądna. Twoja matka na pewno byłaby domna.- ścisnęła mnie jeszcze mocniej.
-Mojej matki w to nie mieszaj! Jak się z tobą policzę to będziesz wiedziała, że MI się w drogę NIE wchodzi.
Głośno perzełknełam ślinę. Wiedziałam, że się nie zawacha. W gardle stenęła mi gula strachu. Zebrałam wielkie zasoby śliny i połknęłam gulę. Dziwnie smakowała, coś jak wymiociny z majonezem. Wiem obrzydliwe.
Znałam wiele horrorów i wiedziałam, że jeśli blondynna złapie mnie za gardło nie dam rady wezwać pomocy, a gdy zacznę krzyczeć nikt mnie nie usłyszy. Nogę miałam chorą i trudno mi było uciec. Pozostawało tylko jedno rozwiązanie...
niedziela, 7 grudnia 2014
Rozdział 8 Ryczę, bo MATKA ZABIŁA MI OJCA
Posłuchałam się Ari (czy jak to się tam odmienia) i w tytule nie zrobiłam cudzysłowu (czy cudzysłowia). Może zacznę od tego, że kochana Patrysia na wrzeszczała na mnie, bo walnęłam Ann. Okej. Jak teraz na to patrzę to można by było uderzyć Piper. Nie będę nikogo przepraszała, bo mam wobec Ann inne plany.Długo nie było rozdziału i pewnie nikt za tym nie rozpaczał (tak jak ja). Z tego co wiem niektóre osoby czytają mojego bloga, ale nie zostawiają komentarzy. NIECH WAS TARTAR POCHŁONIE!!!!!!!!!! Dobra, może trochę przesadziłam, ale nawet jeśli nie macie konta google i tak możecie zostawić komentarz. Nie musicie się jakoś zbytnio rozpisywać. Chcę tylko wiedzieć ile osób czyta moje (nie) arcydzieła. Tyćkę się rozpisałam, ale nie będę zanudzać.-Co ty robisz?! Dałabym sobie radę!-wrzeszczała Piper
Przyklękłam przy niej i zrobiłam współczującą minę.
-Wybacz- powiedziałam- ale nie.
Delikatnie ujęłam ją pod brodę (czułam się jakby ktoś przeze mnie przemawiał, nie wiedziałam co robię i nie miałam nad sobą kontroli) , a moja stara przyjaciółka się odezwała
~Złotko uważaj na niego!
~Chyba na nią
~Nie, nie to eladojon (jak to się pisze?) opanował jej ciało! Tak przypuszczam. Spójż w jej oczy. Czy są fioletowe?
~Nie. Są krwisto czerwone.
~Ojej, to źle. Ejlajdony są pod władzą Gaji. To bardzo źle.
Zerknęłam w jej oczy. Czerwone i pełne gniewu, oraz nienawiści wpatrywały się we mnie przewiercając duszę z rządzą mordu.. Wstałam ciągnąc ją w górę. Opanowała mnie ogromna siła.. Złapałam ją za ramiona i rzułciłam o pokład.
-Co ty robisz! - krzyknął jej chłopak
- Wypędzam potwora.
Poczułam wirowanie w głowie. O NIE! ZNOWU! Upadłam i, zasnęłam i byłam gdzie indziej. Rozumiałam, że jakaś nadludzka siła od początku mojego pobytu na tym statku specjalnie mnie usypała, aby mi coś przekazać.
To był różowiutki dziecięcy pokój, pełna pluszaków i lalek. Na środku siedziała na oko cztero-pięcio letnia dziewczynka. W kącie siedzieli mężczyzna i kobieta. Od kobiety czuć było emanującą moc. Zerknęła na dziewczynkę ze szczerym współczuciem.
Podeszła do malej i czule pogłaskała ją po włosach. Dziecina miała białe oczy, kobieta również. Spojrzałam w lustro, także miałam białe oczy. Za oknem była zima. Więc wszystko jasne.
-Musisz ją oddać- powiedziała
-Proszę, pozwól mi ją zatrzymać- błagał mężczyzna.
-To twój obowiązek! Nie dasz rady jej powstrzymać! Ma zbyt potężną moc.
_ Poradzę sobie. Inni półbogowie zostają z rodzicami!
-Ona jest inna! Gdy zaatakują ją potwory to sobie nie poradzi.
-Mówiłaś, że jest potężna
-Ma potężną moc, ale nie jest potężna.
-Nie rozumiem.
-I nigdy nie zrozumiesz! Jesteś śmiertelnikiem. Nie interweniuj w sprawy ponad ludzkie!
-Nagle się nią interesujesz?! Gdzie byłaś przez te cztery lata?!
-Cztery lata i dziewięć miesięcy- opowiedziała oschle
-Nie ważne! To moja Ninuś! Nie oddam jej!
-Nina. Ograniczmy się do zwykłego Nina- w jej głosie było coś szorstkiego, odpychającego, zimnego. Mimo wszystko wyczuwalny był smutek. Nutka smutku, która wszystko zdradzała. Kochała dziewczynkę, która chyba była jej córką i nie mogła pogodzić się z tym, że musi ją opuścić.
-Nie zmieniaj tematu! Nie oddam jej to moja córka!
-Zacznijmy od tego, że oddasz ją do sierocińca. Powiesz, że nazywa się Saly.
-Dlaczego akurat Saly?
-Och, mój brat Posejdon. Przegrałam zakład. Och, muszę ją tak nazwać. Mimo wszystko powiesz, że tak się nazywa. Ja namieszam troszkę mgłą i będzie idealnie.
-Słyszysz co do ciebie mówię! Nie oddam jej!Jesteś tylko jakąś głupią boginią! Nie boję się ciebie!
-Jak śmiesz. Masz robić co ci każę.
-Nie, nie muszę.
-Aaaaaa- kobieta zamieniła się w świecącą, trzymetrową postać, która przebiła dach. Mężczyzna wiedział co się teraz stanie, bo zamknął oczy i rzucił się na podłogę. Uleciał z niego dym, ale przeżył.
Nawet mnie zapiekły oczy mimo że mnie tam nie było. Zamknęłam je, a gdy oślepiający blask znikł byłam w skórzanym samochodzie, obok mnie siedziała mała dziewczynka
-Cześć- powiedziała- Kim jesteś?
-Ninuś, nie rozmawiaj sama ze sobą- powiedział jej ojciec, czyli mężczyzna z pokoju
-Ale ona tu jest...- umilkła wiedząc, że jej historia nie jest godna uwagi.
Zobaczyłam tylko czerwony samochód uderzający w nasz pojazd. W powietrzu słychać było głos:
-Mówiłam mój drogi, mi się nie wolno sprzeciwiać.
I stało się, samochody się zderzyły, odłamki latały w powietrzu. Wielki kawał metalu trzasnął mnie w czoło. Dotknęłam ręką zranionego miejsca, tak jak myślałam. Krew ciekła strumyczkiem. Do pojazdu podeszła kobieta niezwykle podobna do mnie
Blond loki opadały na ramiona, a oczy błyszczały zielenią. Skórę można by porównać do promieni słońca. Ciemno niebieska suknia była utkana jakby z kropli wody. Uniosła małą Ninę i odeszła. Wiedziałam już kim ona była.
Podbiegłam do mężczyzny, ojca małej. Łzy popłynęły mi z oczu.
-Tato, nie umieraj!-krzyczałam-Nie umieraj! Proszę!
Jeśli będą jakieś literówki to sorry, bo pisałam na ślepo.
poniedziałek, 3 listopada 2014
Rozdział 7 ,,Annabeth i Piper próbują się zabić,,
-Zaczekaj, czyli jestem córką tej Deme-coś-tam?
Wszystkie oczy zostały zwrócone w moją stronę. Annabeth podniosła brew z oburzeniem.
-Zwracasz się do nich?- machnęła ręką w stronę odpływającego statku wypełnionymi delfinami.
Ocknęłam się. Przecież przed chwilą leżałam w sali szpitalnej. Nikogo tam nie było! Jak znalazła się na górze pokładu!
-A poza tym przekręciłaś imię bogini. Demeter będzie zła- trajkotała- Mówiłam, że lepiej będzie ją zostawić w tym sierocińcu! Ześle na nas gniew bogów! O bogowie!- podniosła głowę do góry- Ja w wybryki tej młodej się nie mieszam! Tego jeszcze brakowało, żeby była córką Demeter!- uśmiechnęła się słodko do Percy`ego.- Może ją zostawimy, ona może być niebezpieczna!
-Ann, co z tobą?- zapytał jej chłopak- Nigdy się nie złościłaś gdy ktoś, czytaj ja, przekręcał imię bogini.
-A co niby robiłam?!- zapytała wściekła.
-Przewracałaś oczami i poprawiałaś, a poza tym od kiedy trzymasz stronę Demeter? Zawsze mówiłaś, że jest ci obojętna, ale za nią nie przepadasz.- odpowiedziała mu milczeniem- A właściwie to mówiłaś, żeby ją wziąć ze sobą.
Mruknęła coś niewyraźnie.
-Słucham?
-Najwidoczniej się pomyliłam!
-Ann, co się dzieje.- pisnęła Piper- nigdy się nie przyznawałaś tak łatwo do błędu! Dlaczego się tak na nią uwzięłaś? Przyznam, że też za nią nie przepadam- mi się wydawało czy spojrzała przelotnie na Jasona- ale to nie powód, żeby się tak na niej wyżywać. Co do argumentu się nie zgadzam. Nie zrobiła nic co mogłoby ściągnąć na nas gniew bogów. Kto jak kto, ale dziwię się, że ty tak powiedziałaś. Kto naraził się Herze. A Percy, na niego nigdy nie krzyczałaś, że ściągnie na nas gniew bogów.
-Percy się nie naraża!
-A co z Hadesem, Zeusem czy Aresem.
-Percy- zamrugała zalotnie- wyrzuć ją ona może być naprawdę niebezpieczna.
-Nie wierzę- powiedział z niedowierzaniem Frank
-Wszystko dobrze? Może masz gorączkę?
-Co z tobą dziewczyno! Zawsze mówiłaś, że zaloty Afrodyty są bezsensowne, a teraz sama ich używasz- powiedziała córka powyżej wymienionej bogini. Nagle zacisnęła mocno powieki i prawie upadła, ale złapał ją jej chłopak.
-Wszystko w porządku?
-Tak, doskonale- uśmiechnęła się grzecznie doskonale unikając jego wzroku- o czym to ja ....? Ach tak. Jak już mówiłam nie używaj tego rodzaju magii bo nie jesteś na tyle ładna, żeby zadziałał.
-Pipes, co ty?- Jasona zamurowało. Ha, ha, ha
-Jason, przecież nie zaprzeczysz. Może gdyby rozczesała te rozczochrane włosy... - Nie dokończyła bo Annabeth rzuciła się na nią.
Nie można było ich od siebie odciągnąć. Z nieudanych prób wyszły tylko siniaki i podbite oko Percy`ego. Zaczynało się to robić niebezpieczne, bo Annabeth miała znaczną przewagę i na pewno nie zamierzała ustąpić. Zastanawiałam się co robić i podjęłam decyzję, gdy było za późno.
Chciałam popchnąć Piper do wody. Percy na pewno by ją uratował, a Ann dałaby spokój. Niestety blondynka kopnęła z kolana w brzuch dziewczynę i córka Afrodyty plunęła krwią Podjęłam ostateczną decyzję.
Wzięłam opaskę i zamieniłam ją w miecz. Cichaczem podeszłam do dziewczyn i przygotowałam się do ciosu, ale Piper podwinęła mi nogę.
-Nie potrzebuję twojej pomocy!- krzyknęła. Szarooka dziewczyna utkwiła oczy w mieczu.
Piper strzeliła jej z liścia, a ja w ostatniej chwili łupnęłam Ann w łep, a ona straciła przytomność.
Wszystkie oczy zostały zwrócone w moją stronę. Annabeth podniosła brew z oburzeniem.
-Zwracasz się do nich?- machnęła ręką w stronę odpływającego statku wypełnionymi delfinami.
Ocknęłam się. Przecież przed chwilą leżałam w sali szpitalnej. Nikogo tam nie było! Jak znalazła się na górze pokładu!
-A poza tym przekręciłaś imię bogini. Demeter będzie zła- trajkotała- Mówiłam, że lepiej będzie ją zostawić w tym sierocińcu! Ześle na nas gniew bogów! O bogowie!- podniosła głowę do góry- Ja w wybryki tej młodej się nie mieszam! Tego jeszcze brakowało, żeby była córką Demeter!- uśmiechnęła się słodko do Percy`ego.- Może ją zostawimy, ona może być niebezpieczna!
-Ann, co z tobą?- zapytał jej chłopak- Nigdy się nie złościłaś gdy ktoś, czytaj ja, przekręcał imię bogini.
-A co niby robiłam?!- zapytała wściekła.
-Przewracałaś oczami i poprawiałaś, a poza tym od kiedy trzymasz stronę Demeter? Zawsze mówiłaś, że jest ci obojętna, ale za nią nie przepadasz.- odpowiedziała mu milczeniem- A właściwie to mówiłaś, żeby ją wziąć ze sobą.
Mruknęła coś niewyraźnie.
-Słucham?
-Najwidoczniej się pomyliłam!
-Ann, co się dzieje.- pisnęła Piper- nigdy się nie przyznawałaś tak łatwo do błędu! Dlaczego się tak na nią uwzięłaś? Przyznam, że też za nią nie przepadam- mi się wydawało czy spojrzała przelotnie na Jasona- ale to nie powód, żeby się tak na niej wyżywać. Co do argumentu się nie zgadzam. Nie zrobiła nic co mogłoby ściągnąć na nas gniew bogów. Kto jak kto, ale dziwię się, że ty tak powiedziałaś. Kto naraził się Herze. A Percy, na niego nigdy nie krzyczałaś, że ściągnie na nas gniew bogów.
-Percy się nie naraża!
-A co z Hadesem, Zeusem czy Aresem.
-Percy- zamrugała zalotnie- wyrzuć ją ona może być naprawdę niebezpieczna.
-Nie wierzę- powiedział z niedowierzaniem Frank
-Wszystko dobrze? Może masz gorączkę?
-Co z tobą dziewczyno! Zawsze mówiłaś, że zaloty Afrodyty są bezsensowne, a teraz sama ich używasz- powiedziała córka powyżej wymienionej bogini. Nagle zacisnęła mocno powieki i prawie upadła, ale złapał ją jej chłopak.
-Wszystko w porządku?
-Tak, doskonale- uśmiechnęła się grzecznie doskonale unikając jego wzroku- o czym to ja ....? Ach tak. Jak już mówiłam nie używaj tego rodzaju magii bo nie jesteś na tyle ładna, żeby zadziałał.
-Pipes, co ty?- Jasona zamurowało. Ha, ha, ha
-Jason, przecież nie zaprzeczysz. Może gdyby rozczesała te rozczochrane włosy... - Nie dokończyła bo Annabeth rzuciła się na nią.
Nie można było ich od siebie odciągnąć. Z nieudanych prób wyszły tylko siniaki i podbite oko Percy`ego. Zaczynało się to robić niebezpieczne, bo Annabeth miała znaczną przewagę i na pewno nie zamierzała ustąpić. Zastanawiałam się co robić i podjęłam decyzję, gdy było za późno.
Chciałam popchnąć Piper do wody. Percy na pewno by ją uratował, a Ann dałaby spokój. Niestety blondynka kopnęła z kolana w brzuch dziewczynę i córka Afrodyty plunęła krwią Podjęłam ostateczną decyzję.
Wzięłam opaskę i zamieniłam ją w miecz. Cichaczem podeszłam do dziewczyn i przygotowałam się do ciosu, ale Piper podwinęła mi nogę.
-Nie potrzebuję twojej pomocy!- krzyknęła. Szarooka dziewczyna utkwiła oczy w mieczu.
Piper strzeliła jej z liścia, a ja w ostatniej chwili łupnęłam Ann w łep, a ona straciła przytomność.
niedziela, 2 listopada 2014
6 Rozdział ,,Mam coś nie tak z głową,,
Moja dedykacja dla Patrycji : jeśli jutro nie dostaną Krwi Olimpu to cię uduszę.
Upadłam. Czułam ogromne wyczerpanie, ale jednocześnie wielką moc.
~Ona chce was zniszczyć - powiedziałam w myślach. Nie liczyłam, że mnie zrozumieją. Powiedziałam to by dodać sobie otuchy.
~Co mamy zrobić?- zapytał męski głos.
~Kim jesteś?
~Twym wiernym sługą pani.
~ Kapitanie Dzwoneczek- rozległ się kobiecy melodyjny głos- to nie Demeter. Pogódź się z faktem, iż pani o tobie zapomniała.
~Więc kim jest ona?
~ Jestem... -niedane mi było dokończyć.
~To jest jej córka, Nina.
~Jestem...
~Potężna osobowość!- zachwycała się- ma moc większą niż jakikolwiek półbóg, lecz niestety tam moc nie nadaje się do walki z olbrzymami czy innymi wielkimi stworami.
~Nie jestem Nina tylko Saly. Choć możliwe, że jestem córką Demeter.
~Jak to Saly.- oburzył się kapitan.
~No z tego co wiem to nazywam się Saly.
~ Takie młode damy jak ty nic nie wiedzą.-ofuknęła mnie kobieta- Nic nie wiedzą, a podważają moje zdolności.
~Każdemu zdarzy się pomylić- powiedziałam
~Mi nie- wykrzyknęła- byłam drugą sekretarką twojej matki, więc ja się nie mylę.
~Dlaczego drugą?
~Och, dobrze, że spytałaś. Pierwszą była jej córka Liza. Śliczny kwiatuszek, dosłownie była Chryzantemą. Matka ją kochała i dała jej tę fuchę ale ja i tak wszystko robiłam.
~Nie chcę ci przeszkadzać, ale mam przeczucie, że wszyscy zaraz zginiemy i prosiłabym o pomoc. A tak w ogóle dlaczego z tobą rozmawiam?
~Ech, no tak. Później ci wytłumaczę. Musisz wydać wyraźny rozkaz w liczbie mnogiej.
~Pokonajcie ich!
~ Wyraźny...
~Zwiążcie ich!
~Kapitanie Dzwoneczek otrzymaliśmy rozkazy.
Już po paru sekundach wszyscy byli związani. Ja oczywiście cały czas leżałam na deskach próbując odzyskać siły.
*
- Wszystko w porządku?- spytał Percy w sali szpitalnej.
-Tak, wiesz bo chciałabym zostać sama i przemyśleć to wszystko.
-Rozumiem, to dla ciebie coś nowego.
Powiedziawszy to wyszedł.
~Hej ty kapitanie dzwoneczek!
~Do twych usług pani.
~Gdzie ta twoja sekretarka?
~ Tulipan choć tu!- Tulipan ?! Co to za imię Tulipan.
~Tak kapitanie dzwo... Och obudziła się?
~Masz mi wszystko wytłumaczyć!
~Dziecko, chodzi oto, że Demeter jest boginią roślin. Trzy tysiące lat temu była w pełni sił. Wtedy ludzie dowiedzieli się o plonach. Ale teraz ludzie wszystko robią sami i myśl, że nie potrzebują bogów, absurd. W tamtych czasach jej dzieci były potężne jak nigdy. Były nieprzewidywalne i każde dostawał o opiekunów takich jak my. Twierdzono, że to były wiedźmy, absurd. Teraz jej dzieci są słabe i nie mają opiekunek, nie to co ty! Jesteś potężna i silna. Najwspanialsza! Nie bez przesady.
Upadłam. Czułam ogromne wyczerpanie, ale jednocześnie wielką moc.
~Ona chce was zniszczyć - powiedziałam w myślach. Nie liczyłam, że mnie zrozumieją. Powiedziałam to by dodać sobie otuchy.
~Co mamy zrobić?- zapytał męski głos.
~Kim jesteś?
~Twym wiernym sługą pani.
~ Kapitanie Dzwoneczek- rozległ się kobiecy melodyjny głos- to nie Demeter. Pogódź się z faktem, iż pani o tobie zapomniała.
~Więc kim jest ona?
~ Jestem... -niedane mi było dokończyć.
~To jest jej córka, Nina.
~Jestem...
~Potężna osobowość!- zachwycała się- ma moc większą niż jakikolwiek półbóg, lecz niestety tam moc nie nadaje się do walki z olbrzymami czy innymi wielkimi stworami.
~Nie jestem Nina tylko Saly. Choć możliwe, że jestem córką Demeter.
~Jak to Saly.- oburzył się kapitan.
~No z tego co wiem to nazywam się Saly.
~ Takie młode damy jak ty nic nie wiedzą.-ofuknęła mnie kobieta- Nic nie wiedzą, a podważają moje zdolności.
~Każdemu zdarzy się pomylić- powiedziałam
~Mi nie- wykrzyknęła- byłam drugą sekretarką twojej matki, więc ja się nie mylę.
~Dlaczego drugą?
~Och, dobrze, że spytałaś. Pierwszą była jej córka Liza. Śliczny kwiatuszek, dosłownie była Chryzantemą. Matka ją kochała i dała jej tę fuchę ale ja i tak wszystko robiłam.
~Nie chcę ci przeszkadzać, ale mam przeczucie, że wszyscy zaraz zginiemy i prosiłabym o pomoc. A tak w ogóle dlaczego z tobą rozmawiam?
~Ech, no tak. Później ci wytłumaczę. Musisz wydać wyraźny rozkaz w liczbie mnogiej.
~Pokonajcie ich!
~ Wyraźny...
~Zwiążcie ich!
~Kapitanie Dzwoneczek otrzymaliśmy rozkazy.
Już po paru sekundach wszyscy byli związani. Ja oczywiście cały czas leżałam na deskach próbując odzyskać siły.
*
- Wszystko w porządku?- spytał Percy w sali szpitalnej.
-Tak, wiesz bo chciałabym zostać sama i przemyśleć to wszystko.
-Rozumiem, to dla ciebie coś nowego.
Powiedziawszy to wyszedł.
~Hej ty kapitanie dzwoneczek!
~Do twych usług pani.
~Gdzie ta twoja sekretarka?
~ Tulipan choć tu!- Tulipan ?! Co to za imię Tulipan.
~Tak kapitanie dzwo... Och obudziła się?
~Masz mi wszystko wytłumaczyć!
~Dziecko, chodzi oto, że Demeter jest boginią roślin. Trzy tysiące lat temu była w pełni sił. Wtedy ludzie dowiedzieli się o plonach. Ale teraz ludzie wszystko robią sami i myśl, że nie potrzebują bogów, absurd. W tamtych czasach jej dzieci były potężne jak nigdy. Były nieprzewidywalne i każde dostawał o opiekunów takich jak my. Twierdzono, że to były wiedźmy, absurd. Teraz jej dzieci są słabe i nie mają opiekunek, nie to co ty! Jesteś potężna i silna. Najwspanialsza! Nie bez przesady.
niedziela, 26 października 2014
Rozdział 5 ,,Hui, Mach, Hedżi,,
Rozdział dedykuję dwóm bliźniaczką, które potrafią wkurzać ludzi. To one namówiły mnie do napisania rozdziału. Ala mnie wkurza, a Patrycja kupiła Krew Olimpu.
Ze statku( tego drugiego) wyszli... A może raczej wyszły. Mniejsza, wyszło delfiny. Takie delfiny z nogami i rękoma.
-Telechiny-pisnęła Piper
-Tele-coś-tam?- spytałam
-Jak miło!-powiedział mężczyzna wychodzący z pod pokładu
-Znowu mamy wezwać Dionizosa?
-Ha ha ha ha. Dionizos jest uwięziony w Gaji!
-W Gaji? Czy Gaja nie jest aby boginią...
-Nieuchhhhhhhhhaaaaa- wydał z siebie dziwny odgłos- Gaja to nie bogini! Gaja to ziemia! Ona chce wytępić bogów.
-Okej. Nie wściekaj się, ziemia nie bogini.
-A ty kim jesteś?-zapytał zdziwiony- Ach no tak Gaja mi wspominała. Potężna córka bogini plonów, Gaja i twoja matka macie wiele wspólnego.
-Co ty gadasz! -złapałam się za głowę-Ja chcę do domu-,, Ty nie masz domu,, ,,Dzięki mózgu,,
-Drogie dziecko jeśli chcesz przeżyć przejść na naszą stronę. Ziemia zastąpi ci matkę.
Komuś wreszcie mogę być potrzebna. Mogę mieć mamę. Mogłabym mieć normalne życie... Ech czego ja się spodziewam po ziemi. Pewnie będę mieszkała pod piachem. Ona chce zniszczyć cały świat. Zniszczyć to co dla mnie najważniejsze, zniszczyć rośliny.
Opuściłam włócznie, aby wrogowie stracili czujność. Podeszłam bliżej. Dowódca uśmiechnął się, gdy byłam już blisko dźgnęłam go włócznią.
Niestety (, lub na szczęście) miał dobry refleks. Zatrzymał mój cios mieczem. Nie spodziewał się tylko, że prysnę mu gazem pieprzowym w twarz.
Złapał się za oczy. Wrzasnął przeraźliwie i upadł na kolana.
-Zapłacisz za to! Zabić ją!
Wszystkie telechiny zwróciły się w moją stronę. Blondynka zdusiła okrzyk. Brzmiało to jakby krzyczała Ziya. Podbiegła do czarnowłosej dziewczyny związanej liną i leżącą na drugim pokładzie. Po drodze roztrzaskała kilka delfinów. Chłopak podobny do Frankensteina imieniem Frank odepchną mnie w stronę kajut.
-Uciekaj!
-Taaa... A co jeśli zginiecie, ja nie umiem sterować tym czymś- wskazałam na statek
Wtedy trójka koni (Mroczny, Szarlotka i Grom) zaczęły atakować wrogów. Uśmiechnęłam się do siebie. W tym momencie Mroczny znokautował ich przywódcę, który krzyknął:
-Ała moje plecy!
Było to dziwne bo mroczny przywalił mu z kopyta w głowę. To wcale nie było śmieszne! No może trochę. Co do naszych końskich przyjaciół możliwe, że by sobie nie poradzili gdyby nie blondynka i czarnowłosa dziewczyna.
Ciemnowłosa miotała kulami ognia rozgrzanymi tak mocno, że z odległości parunastu metrów paliły mnie w twarz. Blondynka strzelała egipskimi hieroglifami:
-Hui, Mach, Mu, Hedżi.
Byłam tak zafascynowana tym widokiem, że nie zauważyłam trójki dolfino-ludzi z linami. Rzucili się na mnie. Szamotałam się, ale byli ode mnie silniejsi. Nieśli mnie, jeśli można tak powiedzieć, ciągnęli mnie w stronę statku.
Próbowałam krzyczeć ale zatkali mi usta szmatką. Wierciłam się, ale nic to nie dawało. Wreszcie krzyknęłam tak głośno na ile pozwalała mi szmatka.
Glony jakby na mój rozkaz wyskoczyły z wody i wciągnęły tam delfiny.
Ze statku( tego drugiego) wyszli... A może raczej wyszły. Mniejsza, wyszło delfiny. Takie delfiny z nogami i rękoma.
-Telechiny-pisnęła Piper
-Tele-coś-tam?- spytałam
-Jak miło!-powiedział mężczyzna wychodzący z pod pokładu
-Znowu mamy wezwać Dionizosa?
-Ha ha ha ha. Dionizos jest uwięziony w Gaji!
-W Gaji? Czy Gaja nie jest aby boginią...
-Nieuchhhhhhhhhaaaaa- wydał z siebie dziwny odgłos- Gaja to nie bogini! Gaja to ziemia! Ona chce wytępić bogów.
-Okej. Nie wściekaj się, ziemia nie bogini.
-A ty kim jesteś?-zapytał zdziwiony- Ach no tak Gaja mi wspominała. Potężna córka bogini plonów, Gaja i twoja matka macie wiele wspólnego.
-Co ty gadasz! -złapałam się za głowę-Ja chcę do domu-,, Ty nie masz domu,, ,,Dzięki mózgu,,
-Drogie dziecko jeśli chcesz przeżyć przejść na naszą stronę. Ziemia zastąpi ci matkę.
Komuś wreszcie mogę być potrzebna. Mogę mieć mamę. Mogłabym mieć normalne życie... Ech czego ja się spodziewam po ziemi. Pewnie będę mieszkała pod piachem. Ona chce zniszczyć cały świat. Zniszczyć to co dla mnie najważniejsze, zniszczyć rośliny.
Opuściłam włócznie, aby wrogowie stracili czujność. Podeszłam bliżej. Dowódca uśmiechnął się, gdy byłam już blisko dźgnęłam go włócznią.
Niestety (, lub na szczęście) miał dobry refleks. Zatrzymał mój cios mieczem. Nie spodziewał się tylko, że prysnę mu gazem pieprzowym w twarz.
Złapał się za oczy. Wrzasnął przeraźliwie i upadł na kolana.
-Zapłacisz za to! Zabić ją!
Wszystkie telechiny zwróciły się w moją stronę. Blondynka zdusiła okrzyk. Brzmiało to jakby krzyczała Ziya. Podbiegła do czarnowłosej dziewczyny związanej liną i leżącą na drugim pokładzie. Po drodze roztrzaskała kilka delfinów. Chłopak podobny do Frankensteina imieniem Frank odepchną mnie w stronę kajut.
-Uciekaj!
-Taaa... A co jeśli zginiecie, ja nie umiem sterować tym czymś- wskazałam na statek
Wtedy trójka koni (Mroczny, Szarlotka i Grom) zaczęły atakować wrogów. Uśmiechnęłam się do siebie. W tym momencie Mroczny znokautował ich przywódcę, który krzyknął:
-Ała moje plecy!
Było to dziwne bo mroczny przywalił mu z kopyta w głowę. To wcale nie było śmieszne! No może trochę. Co do naszych końskich przyjaciół możliwe, że by sobie nie poradzili gdyby nie blondynka i czarnowłosa dziewczyna.
Ciemnowłosa miotała kulami ognia rozgrzanymi tak mocno, że z odległości parunastu metrów paliły mnie w twarz. Blondynka strzelała egipskimi hieroglifami:
-Hui, Mach, Mu, Hedżi.
Byłam tak zafascynowana tym widokiem, że nie zauważyłam trójki dolfino-ludzi z linami. Rzucili się na mnie. Szamotałam się, ale byli ode mnie silniejsi. Nieśli mnie, jeśli można tak powiedzieć, ciągnęli mnie w stronę statku.
Próbowałam krzyczeć ale zatkali mi usta szmatką. Wierciłam się, ale nic to nie dawało. Wreszcie krzyknęłam tak głośno na ile pozwalała mi szmatka.
Glony jakby na mój rozkaz wyskoczyły z wody i wciągnęły tam delfiny.
piątek, 10 października 2014
Mała niespodzianka : wypracowanie na polski
MAGIA KSIĄŻKI
To był pierwszy dzień jesieni. Dzieci radosne wychodziły ze szkoły, ale nie 6c . Ta klasa miała jeszcze dwie lekcje : polski i przyrodę. W klasie siedziały tylko trzy dziewczyny, ale jedna była trochę nieobecna.
Nikola i Gosia krzątały się niezadowolone po pomieszczeniu:
-Boże, czemu jeszcze dwie lekcje?-spytała Małgorzata
-No właśnie! Po co ta szkoła skoro i tak po lekcjach większość uczniów w głowie ma egipskie ciemności.-burknęła Nikola- Jeny Justyna!
-Co?- dziewczyna wynurzyła nos zza kartek książki.
-My się tu użalamy, a ty czytasz to coś!
-To się nazywa powieść fantastyczna pt. Bitwa w labiryncie i jeśli masz zamiar mi ją zamknąć przed nosem to nie zapomnij zaznaczyć gdzie skończyłam.
-Czytałaś tę książkę z tysiąc razy! A w plecaku i tak masz już inną!
-W tornistrze mam ,,Dom Hadesa,, i ty nic nie rozumiesz! Muszę czekać na ,,Krew Olimpu,, a ona ma premierę dopiero 22 października!
To przesądziło. Dla niektórych było to męczące. Justyna cały czas gadała o tej premierze. Nikola napełniona gniewem wrzasnęła jak trąba jerychońska. Złapała ,,Bitwę w labiryncie,, i ,,Dom Hadesa,, po czym rzuciła je w kąt klasy.
-Jak mogłaś.- powiedziała Justyna ze łzami w oczach- Nie włożyłam zakładki.
I wszystkie trzy zaczęły się głośno śmiać. Zupełnie nieświadome tego co zdarzy się jutro, a ich największym problemem będzie książka i nieuwaga Nikoli.
Dzisiaj Justyna obudziła się z bólami głowy. Takimi samymi jak wtedy gdy złamała nogę. Miała wrażenie że dzisiaj zdarzy się coś złego. Nawet nie wiedziała jak bardzo miała rację.
W szkole było dziwnie cicho. Jakby nikogo tam nie było. Ale przecież za 10 minut zaczyna się lekcja! Dziewczyny przeszukały całą szkołę prócz trzech klas.
-Może lekcje są dziś odwołane?-spytała Gosia
-I nam nic o tym nie wiadomo?-odpowiedziała pytaniem Nikola unosząc brew.
-Niemożliwe żeby lekcje były odwołane, sprawdźmy jeszcze te trzy klasy.
I poszły do sali od polskiego. Tam im oczom ukazał się odrażający potwór. Justyna stanęła jak słup soli, głównie ze względu na to, że skądś, go kojarzyła i nie mogła sobie przypomnieć skąd.
Dziewczyny (bez Justyny) pisnęły i uciekły. Potwór był na prawdę odpychający. Miał szarą i pomarszczoną skórę, przypominał trochę kota rasy sfinks. Długie szpiczaste uszy opadały na ramiona, a wielkie skrzydła świdrowały w powietrzu. Wyszczerzał zęby w uśmiechu, a z pyska kapała mu ślina. Utkwił czerwone ślepia w Justynie i syknął:
-Gdzie jestem?! Co ty zrobiłaś?! Kim jesteś?!
Justynie serce skoczyło do gardła i pisnęła przeraźliwie.Wtedy Gosi i Nikoli skojarzyło się, że ich koleżanka została sama z tym czymś. Pobiegły na piętro. Biedaczka leżała przyciśnięta do ziemi, szponami potwora. Nikola bez namysłu chwyciła złocisty kawałek metalu i wbiła mu w plecy.
Justyna skojarzyła sobie co to jest dopiero, gdy rozsypało się w pył. Przeraziła się tą odpowiedzią. Gdyby dziewczyny nie wiedziały co się przed chwilą wydarzyło mogłyby uznać, że zwariowała. Bełkotała coś niewyraźnie o Eryniach.
Wtedy usłyszały głos chłopaka:
-Annabeth, jesteś pewna, że coś słyszałaś?
-Glonomóżdżku czy ja cię kiedyś zawiodłam?
-Ej słyszycie to. Czy Annabeth nie była tą dziewczyną z książki Justyny.-spytała Nikola.
-Nie wiem, mało mnie to obchodzi- odpowiedziała Gosia
Justyna dalej wpatrywała się w ostrze, którym Nikola ugodziła potwora. W końcu podeszła do drzwi i szepnęła:
-Trzeba to powiedzieć starszym.
-Coś ty!W takich sprawach to niewierni Tomasze.
-Nie tamci- i krzyknęła głośno- Tutaj!
Nieznajomi rozmawiający na korytarzu zwrócili na nią uwagę.
-Nina?! Co ty tu robisz?! Miałaś zostać w obozie! Ja od twoich wybryków umywam ręce. Chejron da ci salomonowy wyrok, wtedy dopiero będziesz sypać głowę popiołem.
-Nie jestem Nina tylko Justyna, nie wiem kim ona jest. -wytłumaczyła-Za to wiem doskonale kim wy jesteście.
-Dziewczyno nie wygłupiaj się. I co my tu w ogóle robimy?- zapytał chłopak
-Percy- powiedziała dziewczyna- myślę, że to na prawdę nie jest Nina. Nie wiem kim jesteś i skąd nas znasz, ale nie jesteś Niną.
Justyna na prawdę ich znała. To może wydać się dziwne, ale przeczytała o nich w książce fantastycznej. To herosi, półbogowie. Syn Posejdona i córka Ateny. Ale jak to możliwe, że wyszli z książki? W tym momencie Justynie przez głowę przeszła okropna myśl: Jeśli oni się wydostali to te potwory także. To stąd ten pomarszczony stwór się tu znalazł. To była Erynia, grecki potwór mitologiczny.
-O mój Boże- szepnęła Justyna- która z was to zabiła?
-Ja-zgłosiła się zabójczyni.
Justynie oczy zwilgotniały, ręce zaczęły się pocić, nogi się pod nią ugięły.Dolna warga zadrgała. Podniosła ostrze, jej obawy były słuszne. Już wiedziała co się tu dzieje.
Złotym kawałkiem metalu dotknęła dłoń Gosi szukając pocieszenia. Niestety nic się nie stało. Podeszła do okna, spojrzała w niebo. Jak to możliwe, czy to tylko sen?Zakryła ręką usta i nagle coś w niej pękło, rozpłakała się. Łzy spływały strumieniami po jej policzkach. Oparła się plecami o ścianę i bezradnie upadła. Głośno chlipała, a dziewczęta próbowały ją pocieszyć.
Wreszcie Justyna zrobiła coś niespodziewanego. Roześmiała się szaleńczym śmiechem.Podniosła głowę i spojrzała na szarooką blondynę i zielonookiego chłopaka.
Już nie miała wątpliwości kim byli oni i ta cała Nina. Była wręcz przekonana, że to nie sen. Zadawała sobie tylko pytanie ,,Dlaczego ja głupia płaczę. Przecież zawsze chciałam ich spotkać,,. Po kilku chwilach ciszy odezwała się:
-Czy Nina jest córką Demeter?
-Podobno jej nie znasz.- prychnął- Tak, jest córką Demeter.-napotkał gniewne spojrzenie Annabeth-I chyba nie powinienem tego mówić.
-Ona wygląda tak jak ty- odezwała się dziewczyna.
-Ale Niny nie było w książce, ja ją sobie wymyśliłam, ona nie istnieje.
-Jak może nie istnieć skoro ją znamy?-odparł oburzony chłopak.
Niestety nie dane mu było usłyszeć odpowiedź, bo w pomieszczeniu pojawił się wielki lew. Nie to nie był lew, to była mantikora. Pół lew, pół skorpion.
-Percy Jacksonie, znowu się spotykamy. Tym razem Łowczynie ci nie pomogą.
-Tym razem nie potrzebujemy ich pomocy- odparła dziewczyna.
Zza pasa wyciągnęła sztylet o ostrzu wyglądającym jak tamten kawałek metalu. Percy wyciągnął długopis. Tak, długopis, odetkał zatyczkę i przybór do pisania zamienił się w złoty miecz.
Mantikora zaczęła się śmiać. Stwierdził, że fata przeniosły go w to miejsce, aby pokonał swojego wroga. Justyna, Gosia i Nikola starały się wycofać, ale drzwi jakby zarosły ziemią. Usiadły w kącie, a jedyną ochroną było ostrze.Co parę chwil w ich stronę leciały szarawe strzały z ogona potwora.
Na szczęście nic się nie stało. Gosia sprytnie odskakiwała od strzał, a Justyna odbijała je kawałem metalu. W międzyczasie opowiadała o wszystkim co się wydarzyło w książce i zostało wspomniane tego dnia.
Zaczęła od tego kim była Erynia i dlaczego tak bardzo się wystraszyła.
-Erynia to uosobienie zemsty. Są to trzy siostry. Przeraziłam się okropnie ze względu na to, że metal to niebiański spiż. Dotknąć go może tylko półbóg. A my go dotknęłyśmy.
-To oznacza, że...- Gosia uskoczyła przed strzałą.
- Tak, jesteśmy herosami- a Justyna ją odbiła.
Następnie opowiadała o Ninie:
-Nina to postać, którą zmyśliłam. Wydaje mi się, że nie wymyśliłam jej wyglądu i wygląda tak jak ja. Chejron, który ma mnie ,,ukarać,, to centaur. Pół koń, pół człowiek. Rządzi obozem herosów, gdzie trafiają tylko ludzie tacy jak my.
Powiedziała kto to mantikora i Łowczynie:
-Mantikora to potwór mitologiczny. W książce walczy z nim Percy, Annabeth i Thalia- córka Zeusa.Nie mogli go pokonać, ale...
-Czyli już po nas...? -spytała Nikola.
-Nie, sądzę, że tym razem go pokonają. Łowczynie Artemidy bogini łowów im pomogły. Podróżują po świecie i tropią potwory.
Kiedy tylko to powiedziała stwór podbiegł do Gosi i przyłożył jej pazury do gardła.
-Jeśli podejdziecie utnę jej łeb.
-No puszczaj mnie!- krzyknęła.
-Nie szamocz się. -ostrzegła ją Annabeth.
-No puszczaj mnie no!-wtedy niewidzialna lina oplotła pół lwa. Upadł bezwładnie na ziemię.
Percy już szedł w stronę potwora, aby go unicestwić, lecz niestety się potknął. Miecz wyleciał mu z dłoni, ale Justyna go złapała i z furią wbiła mantikorze w klatkę piersiową( o ile to coś ją miało).
Wszyscy się dogadali i wymienili numery telefonów. Para poleciała w miejsce, gdzie był obóz herosów. Okazało się, że on na prawdę istnieje. Zadzwonili do dziewcząt. Te wakacje spędziły w obozie.
Była godzina 19:30. Odbywało się obozowe ognisko. Siedziały przy stoliku Hermesa- boga podróżników. Tam siedzieli wszyscy półbogowie, których boski rodzic jest nieznany.
Składane były ofiary dla bogów. Do ogniska podeszła Nikola, wrzuciła tam wielki kawał mięsa z dzika. Wymówiła życzenie:
-Chciałabym poznać mojego boskiego rodzica.-i stanęła obok.
Następnie do ogniska podeszła Gosia. Rzuciła żelki. Wypowiedziała te same słowa co jej koleżanka. Justyna poszła w ich ślady. Gdy stanęła obok nich dziewczyny zaczęły się świecić. Nikola na różowo, a nad jej głową pokazał się symbol gołębia.
Nad głową Małgorzaty był miecz i tarcza. Świeciła się na czerwono.
-Co się dzieje?- spytały jednocześnie.
-Zostałyście uznane- odpowiedział Chejron.- wasi boscy rodzice was uznali. Ty- wskazał na Nikole-jesteś córką bogini piękna i miłości, Afrodyty. A ty- skinął na Gosię- jesteś córką Aresa, boga wojny.
Justynie zrobiło się głupio. Tylko ona nie była uznana. Podeszła do niej Hazel. Córka rzymskiego boga Plutona odpowiednika Hadesa- pana podziemia.
-Coś się stało?
-No wiesz-odpowiedziała smutno-nie mam swojej boskiej matki ani ojca.
-Ej,.- stuknęła ją delikatnie ręką w ramię.- Przecież jesteś Nina, córka Demeter.
Uśmiechnęła się lekko. W wakacje przebywały tam, w obozie. W czasie roku szkolnego męczyły się w szkole. Zastanawiały się jak to się stało, że Percy i Annabeth przenieśli się do ich szkoły. Nigdy nie poznały odpowiedzi.
Justyna skojarzyła sobie co to jest dopiero, gdy rozsypało się w pył. Przeraziła się tą odpowiedzią. Gdyby dziewczyny nie wiedziały co się przed chwilą wydarzyło mogłyby uznać, że zwariowała. Bełkotała coś niewyraźnie o Eryniach.
Wtedy usłyszały głos chłopaka:
-Annabeth, jesteś pewna, że coś słyszałaś?
-Glonomóżdżku czy ja cię kiedyś zawiodłam?
-Ej słyszycie to. Czy Annabeth nie była tą dziewczyną z książki Justyny.-spytała Nikola.
-Nie wiem, mało mnie to obchodzi- odpowiedziała Gosia
Justyna dalej wpatrywała się w ostrze, którym Nikola ugodziła potwora. W końcu podeszła do drzwi i szepnęła:
-Trzeba to powiedzieć starszym.
-Coś ty!W takich sprawach to niewierni Tomasze.
-Nie tamci- i krzyknęła głośno- Tutaj!
Nieznajomi rozmawiający na korytarzu zwrócili na nią uwagę.
-Nina?! Co ty tu robisz?! Miałaś zostać w obozie! Ja od twoich wybryków umywam ręce. Chejron da ci salomonowy wyrok, wtedy dopiero będziesz sypać głowę popiołem.
-Nie jestem Nina tylko Justyna, nie wiem kim ona jest. -wytłumaczyła-Za to wiem doskonale kim wy jesteście.
-Dziewczyno nie wygłupiaj się. I co my tu w ogóle robimy?- zapytał chłopak
-Percy- powiedziała dziewczyna- myślę, że to na prawdę nie jest Nina. Nie wiem kim jesteś i skąd nas znasz, ale nie jesteś Niną.
Justyna na prawdę ich znała. To może wydać się dziwne, ale przeczytała o nich w książce fantastycznej. To herosi, półbogowie. Syn Posejdona i córka Ateny. Ale jak to możliwe, że wyszli z książki? W tym momencie Justynie przez głowę przeszła okropna myśl: Jeśli oni się wydostali to te potwory także. To stąd ten pomarszczony stwór się tu znalazł. To była Erynia, grecki potwór mitologiczny.
-O mój Boże- szepnęła Justyna- która z was to zabiła?
-Ja-zgłosiła się zabójczyni.
Justynie oczy zwilgotniały, ręce zaczęły się pocić, nogi się pod nią ugięły.Dolna warga zadrgała. Podniosła ostrze, jej obawy były słuszne. Już wiedziała co się tu dzieje.
Złotym kawałkiem metalu dotknęła dłoń Gosi szukając pocieszenia. Niestety nic się nie stało. Podeszła do okna, spojrzała w niebo. Jak to możliwe, czy to tylko sen?Zakryła ręką usta i nagle coś w niej pękło, rozpłakała się. Łzy spływały strumieniami po jej policzkach. Oparła się plecami o ścianę i bezradnie upadła. Głośno chlipała, a dziewczęta próbowały ją pocieszyć.
Wreszcie Justyna zrobiła coś niespodziewanego. Roześmiała się szaleńczym śmiechem.Podniosła głowę i spojrzała na szarooką blondynę i zielonookiego chłopaka.
Już nie miała wątpliwości kim byli oni i ta cała Nina. Była wręcz przekonana, że to nie sen. Zadawała sobie tylko pytanie ,,Dlaczego ja głupia płaczę. Przecież zawsze chciałam ich spotkać,,. Po kilku chwilach ciszy odezwała się:
-Czy Nina jest córką Demeter?
-Podobno jej nie znasz.- prychnął- Tak, jest córką Demeter.-napotkał gniewne spojrzenie Annabeth-I chyba nie powinienem tego mówić.
-Ona wygląda tak jak ty- odezwała się dziewczyna.
-Ale Niny nie było w książce, ja ją sobie wymyśliłam, ona nie istnieje.
-Jak może nie istnieć skoro ją znamy?-odparł oburzony chłopak.
Niestety nie dane mu było usłyszeć odpowiedź, bo w pomieszczeniu pojawił się wielki lew. Nie to nie był lew, to była mantikora. Pół lew, pół skorpion.
-Percy Jacksonie, znowu się spotykamy. Tym razem Łowczynie ci nie pomogą.
-Tym razem nie potrzebujemy ich pomocy- odparła dziewczyna.
Zza pasa wyciągnęła sztylet o ostrzu wyglądającym jak tamten kawałek metalu. Percy wyciągnął długopis. Tak, długopis, odetkał zatyczkę i przybór do pisania zamienił się w złoty miecz.
Mantikora zaczęła się śmiać. Stwierdził, że fata przeniosły go w to miejsce, aby pokonał swojego wroga. Justyna, Gosia i Nikola starały się wycofać, ale drzwi jakby zarosły ziemią. Usiadły w kącie, a jedyną ochroną było ostrze.Co parę chwil w ich stronę leciały szarawe strzały z ogona potwora.
Na szczęście nic się nie stało. Gosia sprytnie odskakiwała od strzał, a Justyna odbijała je kawałem metalu. W międzyczasie opowiadała o wszystkim co się wydarzyło w książce i zostało wspomniane tego dnia.
Zaczęła od tego kim była Erynia i dlaczego tak bardzo się wystraszyła.
-Erynia to uosobienie zemsty. Są to trzy siostry. Przeraziłam się okropnie ze względu na to, że metal to niebiański spiż. Dotknąć go może tylko półbóg. A my go dotknęłyśmy.
-To oznacza, że...- Gosia uskoczyła przed strzałą.
- Tak, jesteśmy herosami- a Justyna ją odbiła.
Następnie opowiadała o Ninie:
-Nina to postać, którą zmyśliłam. Wydaje mi się, że nie wymyśliłam jej wyglądu i wygląda tak jak ja. Chejron, który ma mnie ,,ukarać,, to centaur. Pół koń, pół człowiek. Rządzi obozem herosów, gdzie trafiają tylko ludzie tacy jak my.
Powiedziała kto to mantikora i Łowczynie:
-Mantikora to potwór mitologiczny. W książce walczy z nim Percy, Annabeth i Thalia- córka Zeusa.Nie mogli go pokonać, ale...
-Czyli już po nas...? -spytała Nikola.
-Nie, sądzę, że tym razem go pokonają. Łowczynie Artemidy bogini łowów im pomogły. Podróżują po świecie i tropią potwory.
Kiedy tylko to powiedziała stwór podbiegł do Gosi i przyłożył jej pazury do gardła.
-Jeśli podejdziecie utnę jej łeb.
-No puszczaj mnie!- krzyknęła.
-Nie szamocz się. -ostrzegła ją Annabeth.
-No puszczaj mnie no!-wtedy niewidzialna lina oplotła pół lwa. Upadł bezwładnie na ziemię.
Percy już szedł w stronę potwora, aby go unicestwić, lecz niestety się potknął. Miecz wyleciał mu z dłoni, ale Justyna go złapała i z furią wbiła mantikorze w klatkę piersiową( o ile to coś ją miało).
Wszyscy się dogadali i wymienili numery telefonów. Para poleciała w miejsce, gdzie był obóz herosów. Okazało się, że on na prawdę istnieje. Zadzwonili do dziewcząt. Te wakacje spędziły w obozie.
Była godzina 19:30. Odbywało się obozowe ognisko. Siedziały przy stoliku Hermesa- boga podróżników. Tam siedzieli wszyscy półbogowie, których boski rodzic jest nieznany.
Składane były ofiary dla bogów. Do ogniska podeszła Nikola, wrzuciła tam wielki kawał mięsa z dzika. Wymówiła życzenie:
-Chciałabym poznać mojego boskiego rodzica.-i stanęła obok.
Następnie do ogniska podeszła Gosia. Rzuciła żelki. Wypowiedziała te same słowa co jej koleżanka. Justyna poszła w ich ślady. Gdy stanęła obok nich dziewczyny zaczęły się świecić. Nikola na różowo, a nad jej głową pokazał się symbol gołębia.
Nad głową Małgorzaty był miecz i tarcza. Świeciła się na czerwono.
-Co się dzieje?- spytały jednocześnie.
-Zostałyście uznane- odpowiedział Chejron.- wasi boscy rodzice was uznali. Ty- wskazał na Nikole-jesteś córką bogini piękna i miłości, Afrodyty. A ty- skinął na Gosię- jesteś córką Aresa, boga wojny.
Justynie zrobiło się głupio. Tylko ona nie była uznana. Podeszła do niej Hazel. Córka rzymskiego boga Plutona odpowiednika Hadesa- pana podziemia.
-Coś się stało?
-No wiesz-odpowiedziała smutno-nie mam swojej boskiej matki ani ojca.
-Ej,.- stuknęła ją delikatnie ręką w ramię.- Przecież jesteś Nina, córka Demeter.
Uśmiechnęła się lekko. W wakacje przebywały tam, w obozie. W czasie roku szkolnego męczyły się w szkole. Zastanawiały się jak to się stało, że Percy i Annabeth przenieśli się do ich szkoły. Nigdy nie poznały odpowiedzi.
czwartek, 2 października 2014
Rozdział 4 ,,Mam odloty w których widzę Nico,,
Wybaczcie, że tak długo zwlekałam (choć i tak mało osób ogląda mojego bloga) z kolejnym postem. Miałam wyjazd po powrocie zachorowałam, a potem miałam zaległości w szkole, a jakby tego było mało tata dał mi karę :(. Żeby wynagrodzić tym paru osobom które czytają mojego bloga mam dla was niespodziankę. W ciągu tygodnia na pewno się pojawi, a jak nie to możecie mnie zaatakować łyżeczką.
W jej ręce rozbłysł ogień i pojawiła się laska. Wyciągnęła rękę w górę. Czekaliśmy co zrobi dobre parę minut. W końcu w jej dłoni pojawiła się torba.
Otworzyła teczkę i wyciągnęła... Kość. Skierowała ją w stronę chłopaka.
-Mu- Nad jego głową rozbłysły hieroglify, a w jego twarz dmuchnął mocny prąd wody. Chłopak stał jakby niewzruszony.-Jak to?! Prąd wody powinien cię rozszarpać.
Niski chłopak imieniem Leo zaczął się śmiać.
-Droga pani, Percy Jackson jest wodoodporny.Może postaraj się go podpalić.
W jej oczach rozbłysł gniew. No pewnie ,,nikt nie będzie ze mnie szydził,,. Skierowała rękę w jego stronę.
-Mach- Biedak podpalił się. Nikt nie biegł mu z pomocą.
Dziewczyna o imieniu Piper zaatakowała ją od tyłu i wyrwała laskę i kość.
-Uspokój się. -krzyknął Percy- Powiem ci co wiem.
I zaczął opowiadać jak to spotkał go na Long Island.
-Mój dom atakował ogromny wieloryb.
-Ach. Krokodyl!!!-krzyknęła mu do ucha Annabeth tak głośno, że aż odskoczył.
-No i z nim walczyliśmy- kontynuował- To wszystko
Nagle ogromny statek wpadł na nasz okręt. Starałam się utrzymać równowagę i pewnie udało, by mi się gdyby nie fakt, iż moja noga nie była do końca sprawna.
Wpadłam na chłopaka który wcześniej siedział pod pokładem.
-Wybacz- Próbowałam przekrzyczeć skrzek mew.
W tym momencie skojarzyłam sobie tego chłopaka. Nie byłam pewna czy to on ale... Nie, to musiał być on.
Przypomniałam sobie tamtego mężczyznę w czerni, to jak na mnie patrzył. Jakbym była najgorszym co go w życiu spotkało. To jak wymówił to imię.
Zamknęłam oczy i upadłam. Wbrew własnej woli zasnęłam. Przyśnił mi się sen. Uwięziona w wyobraźni mojego umysłu poczułam się tak beztrosko jakbym znowu miała osiem lat. Zaraz, ja miałam osiem lat.
Wszystko powróciło, te wspomnienia. Siedziałam w moim pokoju w sierocińcu z chłopcem. Graliśmy w karty. Magia i Mit to była jego ulubiona gra. Miał dziesięć lat.
Wtedy do pokoju weszła jego siostra Bianca. Za nią stał mężczyzna ubrany na czarno. Spojrzał na mnie z obrzydzeniem. Wtedy wypowiedział słowa których do dziś nie rozumiem.
-Nina- wycharczał- Moja siostra nie dotrzymała obietnicy. Ale nie martw się i tak zginiesz.
Wtedy Bianca powiedziała:
-Nico, musimy iść.
-Ale jeszcze nie skończyliśmy gry.
-Choć synu. Pisane jest wam jeszcze się spotkać w sytuacji zagrożenia życia.
A następnie mruknął coś do siebie:
-Dzieci z poza siódemki a jednak zdecydują o losie Olimpu.
-Cześć-mruknął chłopak.
-Może kiedyś jeszcze się zobaczymy, Nico.
I poszedł. Nigdy więcej go nie zobaczyłam, aż do teraz. W uszach dzwięczał mi głos mężczyzny ,,W sytuacji zagrożenia życia,,. To on.
Ocknęłam się. Łzy spłynęły mi po policzkach. Nico pochylił się nademną.
-Wszystko w porządku?
-Zagrożenia życia- mruknęłam-Idź po broń
-Co?
-Szybko -wyjęłam z torebki gaz pieprzowy i ukazała się włócznia.
W jej ręce rozbłysł ogień i pojawiła się laska. Wyciągnęła rękę w górę. Czekaliśmy co zrobi dobre parę minut. W końcu w jej dłoni pojawiła się torba.
Otworzyła teczkę i wyciągnęła... Kość. Skierowała ją w stronę chłopaka.
-Mu- Nad jego głową rozbłysły hieroglify, a w jego twarz dmuchnął mocny prąd wody. Chłopak stał jakby niewzruszony.-Jak to?! Prąd wody powinien cię rozszarpać.
Niski chłopak imieniem Leo zaczął się śmiać.
-Droga pani, Percy Jackson jest wodoodporny.Może postaraj się go podpalić.
W jej oczach rozbłysł gniew. No pewnie ,,nikt nie będzie ze mnie szydził,,. Skierowała rękę w jego stronę.
-Mach- Biedak podpalił się. Nikt nie biegł mu z pomocą.
Dziewczyna o imieniu Piper zaatakowała ją od tyłu i wyrwała laskę i kość.
-Uspokój się. -krzyknął Percy- Powiem ci co wiem.
I zaczął opowiadać jak to spotkał go na Long Island.
-Mój dom atakował ogromny wieloryb.
-Ach. Krokodyl!!!-krzyknęła mu do ucha Annabeth tak głośno, że aż odskoczył.
-No i z nim walczyliśmy- kontynuował- To wszystko
Nagle ogromny statek wpadł na nasz okręt. Starałam się utrzymać równowagę i pewnie udało, by mi się gdyby nie fakt, iż moja noga nie była do końca sprawna.
Wpadłam na chłopaka który wcześniej siedział pod pokładem.
-Wybacz- Próbowałam przekrzyczeć skrzek mew.
W tym momencie skojarzyłam sobie tego chłopaka. Nie byłam pewna czy to on ale... Nie, to musiał być on.
Przypomniałam sobie tamtego mężczyznę w czerni, to jak na mnie patrzył. Jakbym była najgorszym co go w życiu spotkało. To jak wymówił to imię.
Zamknęłam oczy i upadłam. Wbrew własnej woli zasnęłam. Przyśnił mi się sen. Uwięziona w wyobraźni mojego umysłu poczułam się tak beztrosko jakbym znowu miała osiem lat. Zaraz, ja miałam osiem lat.
Wszystko powróciło, te wspomnienia. Siedziałam w moim pokoju w sierocińcu z chłopcem. Graliśmy w karty. Magia i Mit to była jego ulubiona gra. Miał dziesięć lat.
Wtedy do pokoju weszła jego siostra Bianca. Za nią stał mężczyzna ubrany na czarno. Spojrzał na mnie z obrzydzeniem. Wtedy wypowiedział słowa których do dziś nie rozumiem.
-Nina- wycharczał- Moja siostra nie dotrzymała obietnicy. Ale nie martw się i tak zginiesz.
Wtedy Bianca powiedziała:
-Nico, musimy iść.
-Ale jeszcze nie skończyliśmy gry.
-Choć synu. Pisane jest wam jeszcze się spotkać w sytuacji zagrożenia życia.
A następnie mruknął coś do siebie:
-Dzieci z poza siódemki a jednak zdecydują o losie Olimpu.
-Cześć-mruknął chłopak.
-Może kiedyś jeszcze się zobaczymy, Nico.
I poszedł. Nigdy więcej go nie zobaczyłam, aż do teraz. W uszach dzwięczał mi głos mężczyzny ,,W sytuacji zagrożenia życia,,. To on.
Ocknęłam się. Łzy spłynęły mi po policzkach. Nico pochylił się nademną.
-Wszystko w porządku?
-Zagrożenia życia- mruknęłam-Idź po broń
-Co?
-Szybko -wyjęłam z torebki gaz pieprzowy i ukazała się włócznia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)